Zaczęłam hejtować poranki. Z pełną świadomością przynoszonej z nocy nieświadomości budzę się w ciągu tygodnia i przez pierwsze 5 sekund po otwarciu oczu zionę nienawiścią. Z jakiegoś bliżej nieznanego mi powodu zawsze wierzę, że wbrew temu każda kolejna sobota mnie uratuje, będzie mi szeptać do ucha opowieści o dalekich letnich podróżach, spełnionych miłościach, ozdrowieniach ciał i dusz, pozwoli mi się regenerować przez parę długich spokojnych wdechów i wydechów, niespiętych niczym.
Tymczasem soboty są od jakiegoś czasu dokładnie takie, jak wróbelek z dowcipu - mają jedną nóżkę bardziej. Oznacza to tyle co nic, tylko bez przymusu pójścia do pracy.
Wychodzimy ze Sztiniakiem, ja z jednym okiem zamkniętym, ona zafiksowana na wszystkim, od pustego pudełka po fajkach w windzie, na małym łysym pieseczku skończywszy. I kiedy już leziemy ( tzn ja szuram po powierzchni, Sztin mnie ciągnie), wtedy zaczynam odkrywać, że to mój ulubiony moment w ciągu dnia. Nie przejmuję się zaśmieconymi skwerami, ogródkami działkowymi z piekła rodem, wiszącym nad miastem płaszczem hałasu i dymu. Poranne sobotnie ulice niemal puste, przed 8 mało kto wyściubia nos z mieszkania, zasłony w oknach jak wojsko na straży snu, ledwo jeden samochód czasami, w tym wszystkim ptaki drą się niemiłosiernie, psy szczekają, brakuje tylko przeciągłego muczenia krów i piejącego koguta. Sobotni świt w mieście to jego czyściec, moment bezruchu i życia zarazem.
I wtedy wybija 8. To nie licentia poetica, to się dzieje naprawdę. Punkt ósma na zegarku z okolicznych ulic zaczynają się wyłaniać - trzech obijających się o siebie, niespionizowanych jegomościów, obdartych i brudnych, rozsiewających woń perfum " wczorajsze la soiree ", dwóch dryblasów z łysymi łbami w bluzach rozmiar XYZ, starszy facet z bardzo czerwonym nosem i bardzo znerwicowanym psem, pani z siatami na Jubilacie. Wszyscy wychodzą jak spod ziemi, wynurzają się nagle z piekieł, żeby pobyć w porankowym czyśćcu i zdobyć w nim paliwo na powrót do katakumb, piwnic, melin, dawno nie odkurzanych m4.
A drzewa już kwitną, pachnie zniewalająco, mimo, że o tej godzinie na ulice wyległy już automaty i silniki.
Gdyby mi jeszcze do tego trąbka lub saksofon przygrywały...witam w raju przy Dmowskiego.
JA po pierwszych 5 sekundach, baaa, nawet po 5 minutach drastycznej pobudki w formie skaczecego po mnie syna, nie mam sily podniesc powieki. No ani drgnie, choc sie staram bardzo. Niestety dzieciaki nie rozumieja kiedy jest weekend. Pozdrawiam!
ReplyDeleteNajgorsze jest, że człowiek tak na własne życzenie te dzieci i te psy i koty i całą resztę... :)) na szczęście są rzeczy, które wynagradzają ciężkie poranki ;) Miłego kochana!
ReplyDelete