Friday, 2 May 2014

It's magic

Już parę tygodni temu chciałam napisać o magicznych miejscach. Z jednej strony dlatego, że przecież są, istnieją, to nasze indywidualne przestrzenie nacechowane, naoliwione, nakremowane, oprószone, dotknięte, polizane i zrozumiane. Z drugiej dlatego, że czasem nie są tylko wspomnieniem dawnych dni, odkrytej małej wioski na południu Czarnogóry, smakiem lodów dzieciństwa, zapachem bzów na działce u babci Basi, wilgocią powietrza wczesną wiosną, "blue in green" Milesa Davisa, ale są ruchomym tworem. Magicznym miejscem może być rodzina, na której pomarszczonej, ale delikatnej powierzchni zaczynają się pojawiać pęknięcia, zadrapania, dziury, którymi uchodzi czar, nieskazitelność, ciepło i zrozumienie. Może być wiara we własne coś, w to, co nam pozwala się odbijać od każdego dnia, nasza baza. Jeśli raz zwątpimy w nią, czy jesteśmy w stanie odzyskać magię? Tak to jest z tym hokus - pokus, że nie wszędzie się rodzi i nie zawsze jest trwałe, a do tego jeszcze czasem może zblaknąć wbrew nam, na przekór. Smutno bez tych miejsc, zostaje jakaś głupia biała kartka, kiedy odkrywamy, że TO nie jest już takie, jakie było, pozbawione smaku i zapachu, blank pusty cichy. A potem rodzą się nowe, mają nowe nazwiska, inaczej wyglądają, brzmią, i znowu popadamy...
A to tylko takie moje gadanie majówkowe, a muszę pogadać, bo zawzięłam się, że odetnę od zewnętrza na dłuższą chwilę, że przez 2 dni nic poza spacerami z psem i pisaniem mnie nie będzie tykać. Ożywcze, szczególnie, kiedy zaczynam czuć niepokój związany z nicnierobieniem. Wtedy wiem, że nadal muszę nicnierobić, bo już zapomniałam jak to jest. Czuję, że muszę dać sobie spokój głowy, przez chociaż dwa dni nie umawiać się, nie starać, nie pędzić na tramwaj, nie pilnować godziny, nie musieć. Usiąść, wypić, pójść, wyjść, pośpiewać, umyć okna nawet ( a co! ) ale tylko wtedy, kiedy poczuję, że to już. Zabawna perspektywa, niecodzienna, koszmarna do realizacji. Cały hałas minionych tygodni, chaos, niecierpliwość, zdenerwowanie są skumulowane i nakręcają siłą rozpędu. Ale to nie kreatywne nabuzowanie, ale popłuczyna narzuconego rozpędu, niechciana. Dlatego dzisiaj piwo, albo herbata, albo kawa, balkon, książka, albo dziennik, z którego od dawna wystawia łeb samotność. Spacer, a potem znów i wanna i film, albo bez. A jutro jakaś randka, może z samą sobą. Wyjść z siebie, wyjść poza ramy, wyskoczyć z pędzącego pociągu i być integralnym. Żadnych planów B. no...chyba, że poczuję, że to już ;)


No comments:

Post a Comment