Saturday, 19 July 2014

since you went away...

Bo czasami jest tak, że ktoś jedzie, bo musi...a my odkrywamy, że chociaż byśmy chcieli popaść w dramatyzm, zacząć spożywać alkohole, zjadać za dużo tortu ze śmietaną, kupić kilogram bułek pszennych i wszystkie obsmarować grubo masłem,  czytać rzewne wiersze i słuchać piosenek Michela Boltona, znajdujemy w sobie niespożyte pokłady zrozumienia. A czasem nawet czujemy się niesamowicie spokojni i szczęśliwi, wiedząc, że to uszczęśliwia tego, który jest w drodze. No matter what. 
Nie zmienia to faktu, że nagle wokoło robi się czarno-biało.




Monday, 5 May 2014

tramwaj zwany chaosem

Właściwie miałam zostawić raz na zawsze temat komunikacji miejskiej, bo mam wrażenie, że wpływa negatywnie, wręcz druzgocąco na moje nerwy, a zbawiennie, wręcz rozwojowo na chorobę wrzodową.
Prawda jest jednak taka, że to spora część mojej, naszej egzystencji i dopóki Kiniak nie sprowadziła opon do roweru, a ja swojego sobie nie zakupiłam, skazanam na MPK i już. Poza tym powiedzmy sobie szczerze, że kiedy oddzielić warstwę nerwicy, która spływa na wydarzenia typu : ten cholerny biletomat na Bernardyńskim znowu zeżarł mi kasę, nie przyjął złotówki, zaklinował 10gr, a wszystko to zrobił w tej samej minucie, kiedy mój tramwaj podjechał i wyruszył z przystanku, no żesz kurna dlaczego to dziadostwo skręca, skoro napisali, że nie będzie! Dlaczego do ciężkiej cholery i jasnej anielki tramwaj o godzinie 12:30 jest załadowany, jakby był jedynym bunkrem przeciwatomowym w mieście?! Kiedy oddzielić od tego wszystkiego zgrzytanie zębów, zaciskanie spoconych rąk, gniecenie siatek, wtedy pozostaje wspaniała, naprawdę wyjątkowa okazja, żeby zajrzeć miastu za kołnierz, żeby zatrzymać w ruchu parę postaci, sytuacji, dźwięków, zapachów. To wciąga. Zaczyna się delikatnie, widzisz matkę z dzieckiem, wsłuchujesz się, dziecko wymienia po angielsku wyrazy, których się nauczyło na lekcjach w przedszkolu, matka ich nie rozumie, nawet tych najprostszych, rozpoznajesz tę wypłoszoną minę. A potem już leci, widzisz plamy na koszuli eleganckiej pani, buty, które nie pasują do stroju, starszego pana niczym Inż. Karwowski dzierżącego odrapaną walizkę owiniętą niebieskim sznurkiem, buntownika w glanach, obwisłym swetrze i czupurze na głowie, który pociąga elektronicznego papierosa, mijając sklepy zauważasz sklep zielarski, gdzie na froncie widnieje wielki napis "Rejestracja", Filipinkę, która z małym plecaczkiem podróżuje przez Europę albo Żuliettę, która na widok przejeżdżającego tramwaju wyszczerza zęby, albo raczej miejsca po nich. A to dopiero pierwszy krok do momentu, w którym zaczynasz podsłuchiwać. Tak, tak. Bezczelnie, obrzydliwie wręcz, bo z pełną premedytacją, przykładasz ucho do drugiego człowieka, do jego intymnej sfery, którą stara się zachować w publicznym kotle, albo właśnie próbuje ją pokazać, wywalić na wierzch rozmawiając przez telefon o tragediach rodzinnych lub przeżyciach romantyczno-erotycznych. Twój wzrok się wyostrza, ucho wibruje, zaczynasz trasę voyeura. Grupa studentów - " to my płacimy, to nam się bankiet należy kurwa; facet stojący nad swoją dziewczyną - " o coś spadło, o widzisz właśnie przejeżdżamy koło tego budynku, zobacz ktoś idzie, samochody stoją pod nim, czekamy na zakręt, o niedźwiedź na reklamie, ten to musi mieć w kłębie"; dwóch kolesi w dresach - " jak napierdzielasz, napierdzielasz, napierdzielasz to nic, ale potem jak zrobisz przerwę, to dopiero czujesz..."; dwie dziewczyny w nocnym - " on chyba pojedzie do zajezdni, wiesz to ten, który jedzie do zajezdni, bo niemożliwe, że normalną trasą, masz rację, że do zajezdni, wiesz, do zajezdni jedzie". Stajesz się w pewnym momencie gąbką chłonącą świat MPK, bo to nie do końca Twój świat, nie do końca tych ludzi, to opłacona biletem chwila, to moment, który MKP zaoferowało ci za 2,80 normalny. Czujesz, że masz go na wyłączność i już wiesz, od samego rana wiesz, że tych dwóch gości, którzy wbiegli właśnie do tramwaju rozpychając się łokciami i , którzy stoją śpiewając znaną wszystki piosenkę - " no kurwa stary weź nie pierdol, tak mu poedziałem, jak podleciał do mnie, parówa zasrana, gnój zapierdolony chuj jeden niemyty szuja...", że są oni gwarantem twojego wyjątkowego dnia, że zapłaciłeś/ zapłaciłaś za przepustkę do ich chwilowego, ruchomego świata.


Friday, 2 May 2014

It's magic

Już parę tygodni temu chciałam napisać o magicznych miejscach. Z jednej strony dlatego, że przecież są, istnieją, to nasze indywidualne przestrzenie nacechowane, naoliwione, nakremowane, oprószone, dotknięte, polizane i zrozumiane. Z drugiej dlatego, że czasem nie są tylko wspomnieniem dawnych dni, odkrytej małej wioski na południu Czarnogóry, smakiem lodów dzieciństwa, zapachem bzów na działce u babci Basi, wilgocią powietrza wczesną wiosną, "blue in green" Milesa Davisa, ale są ruchomym tworem. Magicznym miejscem może być rodzina, na której pomarszczonej, ale delikatnej powierzchni zaczynają się pojawiać pęknięcia, zadrapania, dziury, którymi uchodzi czar, nieskazitelność, ciepło i zrozumienie. Może być wiara we własne coś, w to, co nam pozwala się odbijać od każdego dnia, nasza baza. Jeśli raz zwątpimy w nią, czy jesteśmy w stanie odzyskać magię? Tak to jest z tym hokus - pokus, że nie wszędzie się rodzi i nie zawsze jest trwałe, a do tego jeszcze czasem może zblaknąć wbrew nam, na przekór. Smutno bez tych miejsc, zostaje jakaś głupia biała kartka, kiedy odkrywamy, że TO nie jest już takie, jakie było, pozbawione smaku i zapachu, blank pusty cichy. A potem rodzą się nowe, mają nowe nazwiska, inaczej wyglądają, brzmią, i znowu popadamy...
A to tylko takie moje gadanie majówkowe, a muszę pogadać, bo zawzięłam się, że odetnę od zewnętrza na dłuższą chwilę, że przez 2 dni nic poza spacerami z psem i pisaniem mnie nie będzie tykać. Ożywcze, szczególnie, kiedy zaczynam czuć niepokój związany z nicnierobieniem. Wtedy wiem, że nadal muszę nicnierobić, bo już zapomniałam jak to jest. Czuję, że muszę dać sobie spokój głowy, przez chociaż dwa dni nie umawiać się, nie starać, nie pędzić na tramwaj, nie pilnować godziny, nie musieć. Usiąść, wypić, pójść, wyjść, pośpiewać, umyć okna nawet ( a co! ) ale tylko wtedy, kiedy poczuję, że to już. Zabawna perspektywa, niecodzienna, koszmarna do realizacji. Cały hałas minionych tygodni, chaos, niecierpliwość, zdenerwowanie są skumulowane i nakręcają siłą rozpędu. Ale to nie kreatywne nabuzowanie, ale popłuczyna narzuconego rozpędu, niechciana. Dlatego dzisiaj piwo, albo herbata, albo kawa, balkon, książka, albo dziennik, z którego od dawna wystawia łeb samotność. Spacer, a potem znów i wanna i film, albo bez. A jutro jakaś randka, może z samą sobą. Wyjść z siebie, wyjść poza ramy, wyskoczyć z pędzącego pociągu i być integralnym. Żadnych planów B. no...chyba, że poczuję, że to już ;)


Sunday, 6 April 2014

wyzwól mnie soboto!

Zaczęłam hejtować poranki. Z pełną świadomością przynoszonej z nocy nieświadomości budzę się w ciągu tygodnia i przez pierwsze 5 sekund po otwarciu oczu zionę nienawiścią. Z jakiegoś bliżej nieznanego mi powodu zawsze wierzę, że wbrew temu każda kolejna sobota mnie uratuje, będzie mi szeptać do ucha opowieści o dalekich letnich podróżach, spełnionych miłościach, ozdrowieniach ciał i dusz, pozwoli mi się regenerować przez parę długich spokojnych wdechów i wydechów, niespiętych niczym.
Tymczasem soboty są od jakiegoś czasu dokładnie takie, jak wróbelek z dowcipu - mają jedną nóżkę bardziej. Oznacza to tyle co nic, tylko bez przymusu pójścia do pracy.
Wychodzimy ze Sztiniakiem, ja z jednym okiem zamkniętym, ona zafiksowana na wszystkim, od pustego pudełka po fajkach w windzie, na małym łysym pieseczku skończywszy. I kiedy już leziemy ( tzn ja szuram po powierzchni, Sztin mnie ciągnie), wtedy zaczynam odkrywać, że to mój ulubiony moment w ciągu dnia. Nie przejmuję się zaśmieconymi skwerami, ogródkami działkowymi z piekła rodem, wiszącym nad miastem płaszczem hałasu i dymu. Poranne sobotnie ulice niemal puste, przed 8 mało kto wyściubia nos z mieszkania, zasłony w oknach jak wojsko na straży snu, ledwo jeden samochód czasami, w tym wszystkim ptaki drą się niemiłosiernie, psy szczekają, brakuje tylko przeciągłego muczenia krów i piejącego koguta. Sobotni świt w mieście to jego czyściec, moment bezruchu i życia zarazem.
 I wtedy wybija 8. To nie licentia poetica, to się dzieje naprawdę. Punkt ósma na zegarku z okolicznych ulic zaczynają się wyłaniać - trzech obijających się o siebie, niespionizowanych jegomościów, obdartych i brudnych, rozsiewających woń perfum " wczorajsze la soiree ", dwóch dryblasów z łysymi łbami w bluzach rozmiar XYZ, starszy facet z bardzo czerwonym nosem i bardzo znerwicowanym psem, pani z siatami na Jubilacie. Wszyscy wychodzą jak spod ziemi, wynurzają się nagle z piekieł, żeby pobyć w porankowym czyśćcu i zdobyć w nim paliwo na powrót do katakumb, piwnic, melin, dawno nie odkurzanych m4.
A drzewa już kwitną, pachnie zniewalająco, mimo, że o tej godzinie na ulice wyległy już automaty i silniki.
Gdyby mi jeszcze do tego trąbka lub saksofon przygrywały...witam w raju przy Dmowskiego.

Saturday, 1 February 2014

cyt cyt Cytadela

Jak zwykle w sobotni poranek postanowiłyśmy ze Sztiniakiem wybrać się na wyprawę po mieście w poszukiwaniu rozległego wybiegu. Porywem serca i trochę autobusem, znalazłyśmy się na Cytadeli. Od kiedy pamiętam była dla mnie jakimś tajemniczym kawałkiem ziemi, z której wyrastały kamienie i cegła. Choćbym schodziła ją wzdłuż i wszerz zawsze mam poczucie, że idę magiczną drogą, oczywiście pełną historii, dziejów młodszych i starszych, napisanych rzeźbami i posągami i wydeptanych milionem stóp.
Sztiniak jest podekscytowana, na sam widok schodów niemal zrywa się ze smyczy, zasuwa na górę, wbiega na górę, zbiega albo raczej zsuwa się na dół, tarza się w resztkach śniegu. A dzisiaj słońce tak świeciło, że poczułam przedwiośnie, takie wiecie, trochę niepokojące, ale radosne, więc się głupawo śmiałam całą drogę, aż od stóp szło.
Przypomniały mi się czasy liceum, fascynacja murami, fortyfikacjami, cmentarzami wojskowymi, niewymowny żal za zabitymi, ofiarami czyjejś szalonej idée fixe, zbierałam nawet na przycmentarnych parkach resztki kamiennych płyt albo krzyży, wydawało mi się, że ocalam od niepamięci.
Ma w sobie Cytadela coś kojącego, wbrew pozorom czystość, której nigdy nie straciła. To brzmi patetycznie, ale to tak, jakby została stworzona dla człowieka i zamierzała pozostać taką cały czas. Po takim czasie, nie zniszczona ani przez jedną armię, drugą armię, ani przyjaźń polsko-radziecką i miejmy nadzieję, że przez władze miasta Poznania również, stoi niewzruszona, ale przyjazna, otwarta. 
Po wizycie na Cytadeli zawsze mieszają mi się uczucia, kotłuje się, po każdym przejściu i dotykaniu  Nierozpoznanych uspokaja mi się wszystko, co dyszało i się darło.

A dzisiaj pustki, słońce wspaniałe, ciepło i cudownie, a jedna para z psem, dwie sąsiadki z małymi kundlami, bardzo skupiona biegaczka i ani jednego dziecka na sankach. Zima przyszła, poszła, zostawiła mokre ślady, a Cytka stoi jak stała, bramy broniące dostępu do Reduty i Bastionu otwarte, parki odmarzają, ludzie stawiają stopy.




Friday, 31 January 2014

Wycieczka osobista na początek

Zacząć od "tak sobie pomyślałam, żeby zacząć znów pisać...", to jak rozpocząć od " na wstępie mojego listu chciałabym...". Historie piszą się jednak same, nie mają początku, znajdują człowieka, który patrzy i obserwuje i czasem pozwalają się opowiedzieć. Ot tak się to dzieje.

Nagromadziło się ich trochę, mały worek po ziemniakach. Pozapisywane gdzieś na skrawkach papieru, w małej pamięci telefonu, w nietrwałej pamięci mojej głowy, więc trzeba znaleźć dla nich ujście, nieopowiedziane i nie usłyszane tracą moc.

Będą tu zatem historie, wpadajcie ich posłuchać...a dzisiaj niech robi za wstęp ;)

Dzisiaj było dziwnie, od rana sennie i zimno jak diabli, zawiewało piekielnie, sieczka. W takie dni ciepło się człowiekowi odrywa od ciała jak kiepsko przyszyty guzik. Potem siadł prąd, nastała apokalipsa pełna biegających po piętrach ludzi z latarkami, zimnych grzejników, niedziałających domofonów i drzwi zaklejanych na taśmę bezbarwną. W tym wszystkim wygłupiali klienci, wchodzący w zupełnej dezorientacji do ciemnej jaskini, gdzie natykali się na wejściu na nasze, niepokojąco uśmiechnięte, twarze. Japoński horror.
Cały czas o tym myślałam wsiadając do tramwaju, chociaż prawda jest taka, że myślałam o naszej studentce in spe, która siedziała i przez całą naszą rozmowę patrzyła na mnie z ironicznym uśmieszkiem, takim, który mówi "i co Ty mi tu będziesz wmawiać blondyna...". Resztka godności po sąsiedzie mnie powstrzymała od czynów niegodnych sekretarki. Tylko, że studentka zasiała we mnie ziarno  niestety... i jadąc tramwajem, stojąc na przystanku, patrząc się tępo w billboard ze starszą panią, która patrzy na makowiec, ocknęła mnie myśl, że ktoś tej pani domalował w ustach wielkiego dymiącego blanta!
Przyglądałam się długo, zeby wykluczyć wersję, że to jednak nie dymi i nie jest do palenia...i zaczęłam się wewnętrznie unosić i burzyć, że co to ma być, co za czasy, dlaczego do licha nie oszczędzą jakiegoś schowanego na działce plakatu tylko od razuu muszą wszędzie malować te genitalia, albo faje, albo jakieś inne falliczno-kształtne dziwadła. Już nie mają co robić w chacie, tylko się panoszą, źli ludzie, złe dzieci, upadek obyczajów, wandalizm, głupie barany! Stamtąd oczywiście przeszłam do smętnej refleksji nad brakiem szacunku, wszystkich do wszystkich, paskudnymi kolorami billboardu oraz, że prawdziwy makowiec to już pieśń przeszłości...
Tramwaj ruszył, a z ust pani babci zupełnie nagle zsunął się blant będący cieniem wielkiej gałęzi...