Sztiniak jest podekscytowana, na sam widok schodów niemal zrywa się ze smyczy, zasuwa na górę, wbiega na górę, zbiega albo raczej zsuwa się na dół, tarza się w resztkach śniegu. A dzisiaj słońce tak świeciło, że poczułam przedwiośnie, takie wiecie, trochę niepokojące, ale radosne, więc się głupawo śmiałam całą drogę, aż od stóp szło.
Przypomniały mi się czasy liceum, fascynacja murami, fortyfikacjami, cmentarzami wojskowymi, niewymowny żal za zabitymi, ofiarami czyjejś szalonej idée fixe, zbierałam nawet na przycmentarnych parkach resztki kamiennych płyt albo krzyży, wydawało mi się, że ocalam od niepamięci.
Ma w sobie Cytadela coś kojącego, wbrew pozorom czystość, której nigdy nie straciła. To brzmi patetycznie, ale to tak, jakby została stworzona dla człowieka i zamierzała pozostać taką cały czas. Po takim czasie, nie zniszczona ani przez jedną armię, drugą armię, ani przyjaźń polsko-radziecką i miejmy nadzieję, że przez władze miasta Poznania również, stoi niewzruszona, ale przyjazna, otwarta.
Po wizycie na Cytadeli zawsze mieszają mi się uczucia, kotłuje się, po każdym przejściu i dotykaniu Nierozpoznanych uspokaja mi się wszystko, co dyszało i się darło.
A dzisiaj pustki, słońce wspaniałe, ciepło i cudownie, a jedna para z psem, dwie sąsiadki z małymi kundlami, bardzo skupiona biegaczka i ani jednego dziecka na sankach. Zima przyszła, poszła, zostawiła mokre ślady, a Cytka stoi jak stała, bramy broniące dostępu do Reduty i Bastionu otwarte, parki odmarzają, ludzie stawiają stopy.
No comments:
Post a Comment