Zacząć od "tak sobie pomyślałam, żeby zacząć znów pisać...", to jak rozpocząć od " na wstępie mojego listu chciałabym...". Historie piszą się jednak same, nie mają początku, znajdują człowieka, który patrzy i obserwuje i czasem pozwalają się opowiedzieć. Ot tak się to dzieje.
Nagromadziło się ich trochę, mały worek po ziemniakach. Pozapisywane gdzieś na skrawkach papieru, w małej pamięci telefonu, w nietrwałej pamięci mojej głowy, więc trzeba znaleźć dla nich ujście, nieopowiedziane i nie usłyszane tracą moc.
Będą tu zatem historie, wpadajcie ich posłuchać...a dzisiaj niech robi za wstęp ;)
Dzisiaj było dziwnie, od rana sennie i zimno jak diabli, zawiewało piekielnie, sieczka. W takie dni ciepło się człowiekowi odrywa od ciała jak kiepsko przyszyty guzik. Potem siadł prąd, nastała apokalipsa pełna biegających po piętrach ludzi z latarkami, zimnych grzejników, niedziałających domofonów i drzwi zaklejanych na taśmę bezbarwną. W tym wszystkim wygłupiali klienci, wchodzący w zupełnej dezorientacji do ciemnej jaskini, gdzie natykali się na wejściu na nasze, niepokojąco uśmiechnięte, twarze. Japoński horror.
Cały czas o tym myślałam wsiadając do tramwaju, chociaż prawda jest taka, że myślałam o naszej studentce in spe, która siedziała i przez całą naszą rozmowę patrzyła na mnie z ironicznym uśmieszkiem, takim, który mówi "i co Ty mi tu będziesz wmawiać blondyna...". Resztka godności po sąsiedzie mnie powstrzymała od czynów niegodnych sekretarki. Tylko, że studentka zasiała we mnie ziarno niestety... i jadąc tramwajem, stojąc na przystanku, patrząc się tępo w billboard ze starszą panią, która patrzy na makowiec, ocknęła mnie myśl, że ktoś tej pani domalował w ustach wielkiego dymiącego blanta!
Przyglądałam się długo, zeby wykluczyć wersję, że to jednak nie dymi i nie jest do palenia...i zaczęłam się wewnętrznie unosić i burzyć, że co to ma być, co za czasy, dlaczego do licha nie oszczędzą jakiegoś schowanego na działce plakatu tylko od razuu muszą wszędzie malować te genitalia, albo faje, albo jakieś inne falliczno-kształtne dziwadła. Już nie mają co robić w chacie, tylko się panoszą, źli ludzie, złe dzieci, upadek obyczajów, wandalizm, głupie barany! Stamtąd oczywiście przeszłam do smętnej refleksji nad brakiem szacunku, wszystkich do wszystkich, paskudnymi kolorami billboardu oraz, że prawdziwy makowiec to już pieśń przeszłości...
Tramwaj ruszył, a z ust pani babci zupełnie nagle zsunął się blant będący cieniem wielkiej gałęzi...
Ha, witamy w blogowym półświatku :) Pisz, pisz. Z przyjemnością poczytam.
ReplyDeleteAch dziękuję dziękuję!! :) Miło w takim zacnym gronie ;)
Delete