Monday, 5 May 2014

tramwaj zwany chaosem

Właściwie miałam zostawić raz na zawsze temat komunikacji miejskiej, bo mam wrażenie, że wpływa negatywnie, wręcz druzgocąco na moje nerwy, a zbawiennie, wręcz rozwojowo na chorobę wrzodową.
Prawda jest jednak taka, że to spora część mojej, naszej egzystencji i dopóki Kiniak nie sprowadziła opon do roweru, a ja swojego sobie nie zakupiłam, skazanam na MPK i już. Poza tym powiedzmy sobie szczerze, że kiedy oddzielić warstwę nerwicy, która spływa na wydarzenia typu : ten cholerny biletomat na Bernardyńskim znowu zeżarł mi kasę, nie przyjął złotówki, zaklinował 10gr, a wszystko to zrobił w tej samej minucie, kiedy mój tramwaj podjechał i wyruszył z przystanku, no żesz kurna dlaczego to dziadostwo skręca, skoro napisali, że nie będzie! Dlaczego do ciężkiej cholery i jasnej anielki tramwaj o godzinie 12:30 jest załadowany, jakby był jedynym bunkrem przeciwatomowym w mieście?! Kiedy oddzielić od tego wszystkiego zgrzytanie zębów, zaciskanie spoconych rąk, gniecenie siatek, wtedy pozostaje wspaniała, naprawdę wyjątkowa okazja, żeby zajrzeć miastu za kołnierz, żeby zatrzymać w ruchu parę postaci, sytuacji, dźwięków, zapachów. To wciąga. Zaczyna się delikatnie, widzisz matkę z dzieckiem, wsłuchujesz się, dziecko wymienia po angielsku wyrazy, których się nauczyło na lekcjach w przedszkolu, matka ich nie rozumie, nawet tych najprostszych, rozpoznajesz tę wypłoszoną minę. A potem już leci, widzisz plamy na koszuli eleganckiej pani, buty, które nie pasują do stroju, starszego pana niczym Inż. Karwowski dzierżącego odrapaną walizkę owiniętą niebieskim sznurkiem, buntownika w glanach, obwisłym swetrze i czupurze na głowie, który pociąga elektronicznego papierosa, mijając sklepy zauważasz sklep zielarski, gdzie na froncie widnieje wielki napis "Rejestracja", Filipinkę, która z małym plecaczkiem podróżuje przez Europę albo Żuliettę, która na widok przejeżdżającego tramwaju wyszczerza zęby, albo raczej miejsca po nich. A to dopiero pierwszy krok do momentu, w którym zaczynasz podsłuchiwać. Tak, tak. Bezczelnie, obrzydliwie wręcz, bo z pełną premedytacją, przykładasz ucho do drugiego człowieka, do jego intymnej sfery, którą stara się zachować w publicznym kotle, albo właśnie próbuje ją pokazać, wywalić na wierzch rozmawiając przez telefon o tragediach rodzinnych lub przeżyciach romantyczno-erotycznych. Twój wzrok się wyostrza, ucho wibruje, zaczynasz trasę voyeura. Grupa studentów - " to my płacimy, to nam się bankiet należy kurwa; facet stojący nad swoją dziewczyną - " o coś spadło, o widzisz właśnie przejeżdżamy koło tego budynku, zobacz ktoś idzie, samochody stoją pod nim, czekamy na zakręt, o niedźwiedź na reklamie, ten to musi mieć w kłębie"; dwóch kolesi w dresach - " jak napierdzielasz, napierdzielasz, napierdzielasz to nic, ale potem jak zrobisz przerwę, to dopiero czujesz..."; dwie dziewczyny w nocnym - " on chyba pojedzie do zajezdni, wiesz to ten, który jedzie do zajezdni, bo niemożliwe, że normalną trasą, masz rację, że do zajezdni, wiesz, do zajezdni jedzie". Stajesz się w pewnym momencie gąbką chłonącą świat MPK, bo to nie do końca Twój świat, nie do końca tych ludzi, to opłacona biletem chwila, to moment, który MKP zaoferowało ci za 2,80 normalny. Czujesz, że masz go na wyłączność i już wiesz, od samego rana wiesz, że tych dwóch gości, którzy wbiegli właśnie do tramwaju rozpychając się łokciami i , którzy stoją śpiewając znaną wszystki piosenkę - " no kurwa stary weź nie pierdol, tak mu poedziałem, jak podleciał do mnie, parówa zasrana, gnój zapierdolony chuj jeden niemyty szuja...", że są oni gwarantem twojego wyjątkowego dnia, że zapłaciłeś/ zapłaciłaś za przepustkę do ich chwilowego, ruchomego świata.


Friday, 2 May 2014

It's magic

Już parę tygodni temu chciałam napisać o magicznych miejscach. Z jednej strony dlatego, że przecież są, istnieją, to nasze indywidualne przestrzenie nacechowane, naoliwione, nakremowane, oprószone, dotknięte, polizane i zrozumiane. Z drugiej dlatego, że czasem nie są tylko wspomnieniem dawnych dni, odkrytej małej wioski na południu Czarnogóry, smakiem lodów dzieciństwa, zapachem bzów na działce u babci Basi, wilgocią powietrza wczesną wiosną, "blue in green" Milesa Davisa, ale są ruchomym tworem. Magicznym miejscem może być rodzina, na której pomarszczonej, ale delikatnej powierzchni zaczynają się pojawiać pęknięcia, zadrapania, dziury, którymi uchodzi czar, nieskazitelność, ciepło i zrozumienie. Może być wiara we własne coś, w to, co nam pozwala się odbijać od każdego dnia, nasza baza. Jeśli raz zwątpimy w nią, czy jesteśmy w stanie odzyskać magię? Tak to jest z tym hokus - pokus, że nie wszędzie się rodzi i nie zawsze jest trwałe, a do tego jeszcze czasem może zblaknąć wbrew nam, na przekór. Smutno bez tych miejsc, zostaje jakaś głupia biała kartka, kiedy odkrywamy, że TO nie jest już takie, jakie było, pozbawione smaku i zapachu, blank pusty cichy. A potem rodzą się nowe, mają nowe nazwiska, inaczej wyglądają, brzmią, i znowu popadamy...
A to tylko takie moje gadanie majówkowe, a muszę pogadać, bo zawzięłam się, że odetnę od zewnętrza na dłuższą chwilę, że przez 2 dni nic poza spacerami z psem i pisaniem mnie nie będzie tykać. Ożywcze, szczególnie, kiedy zaczynam czuć niepokój związany z nicnierobieniem. Wtedy wiem, że nadal muszę nicnierobić, bo już zapomniałam jak to jest. Czuję, że muszę dać sobie spokój głowy, przez chociaż dwa dni nie umawiać się, nie starać, nie pędzić na tramwaj, nie pilnować godziny, nie musieć. Usiąść, wypić, pójść, wyjść, pośpiewać, umyć okna nawet ( a co! ) ale tylko wtedy, kiedy poczuję, że to już. Zabawna perspektywa, niecodzienna, koszmarna do realizacji. Cały hałas minionych tygodni, chaos, niecierpliwość, zdenerwowanie są skumulowane i nakręcają siłą rozpędu. Ale to nie kreatywne nabuzowanie, ale popłuczyna narzuconego rozpędu, niechciana. Dlatego dzisiaj piwo, albo herbata, albo kawa, balkon, książka, albo dziennik, z którego od dawna wystawia łeb samotność. Spacer, a potem znów i wanna i film, albo bez. A jutro jakaś randka, może z samą sobą. Wyjść z siebie, wyjść poza ramy, wyskoczyć z pędzącego pociągu i być integralnym. Żadnych planów B. no...chyba, że poczuję, że to już ;)